Copyright The sapling tree wszystkie prawa zastrzeżone 
T H E     S A P L I N G    T R E E 

Domyślna treść artykułu.


W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.

Obfitość, nie tylko w jedzeniu 

04 marca 2021

Wiecie co mnie zawsze intrygowało ? 

 

„Jedz dużo jabłek. Jedz dużo grapefruitów. Jedz dużo kiszonek. Ale bananów 2 dziennie. Owoce tylko do południa, po 18 już nie wolno. Ziemniaczki możesz zostawić, ale mięsko zjedz. Skąd białko?” itd. 

 

Po pierwsze - co to znaczy dużo? 

Po drugie - nie przepadam za kiszonkami. Jak mi ktoś poda, zjem z przyjemnością, ale żeby sama kupić, nie bardzo. Kupowałam to fakt, ale dlatego, że właśnie no trzeba przecież. 

Po trzecie - uwielbiam banany i dwa to za mało. 

Po czwarte - mój dominujący smak to słodkie i jak ktoś mi postawi warzywa i owoce, na 10 przypadków, 9 razy wybiorę owoce. 

Był czas, że ziemniaków nie lubiłam, bo chyba dałam sobie wmówić, że są tuczące, a przecież przytyć nie można. 

 

Co do zasady, zawsze tak było, ale był czas, kiedy wpadłam w wir koncepcji, pomysłów, zbiorowej psychozy, wariactwa, kultu diety, pięciu posiłków dziennie i to małych itd. Poddawałam się różnym, sprawdzałam. Co prawda lubię wystawiać swoje ciało na eksperymenty, ale wszystko ma swoje granice. 

 

 

Granice wyznaczyło ciało. 

 

Zaczęłam jeść więcej. Więcej wszystkiego, a przede wszystkim owoców. 

 

I teraz wiem: 

Dużo - to dla każdego co innego, dla mnie może to być 5 jabłek, dla ciebie 10, a dla kogoś innego 2. 

Nie jem kiszonek praktycznie w ogóle i absolutnie się do nich nie zmuszam. 

Bananów potrafię zjeść 20 dziennie, ale to kiedy jestem na mono, czyli przez cały dzień jem tylko banany (duża ulga dla układu trawiennego !). 

Ziemniaki 3 kg na tydzień to czasami mało, do tego dochodzą bataty (słodkie ziemniaki). 

 

Potrzeba jedzenia ogromnej ilości owoców jest dominująca. 

Jednak przychodzi czas (wiosna), kiedy mam ochotę na sałaty i jem np. szpinak na kilogramy - dosłownie! Potrafię zjeść 1 kg szpinaku w 2-3 dni, robię do niego surowe sosy, jem samego skropionego cytryną. 

Bywa tak, że ziemniaków nie tykam, bo mi się nie chce ich gotować.

Jem kilka miesięcy w 90% na surowo, wyciskam soki jak szalona. 

Bywa rownież tak, że jak patrzę na owoce to mi zimno i jem owsiankę, piekę owocki pod kruszonką, jem zupy hektolitrami, ziemniaki to jedyne warzywo, które przyjmuje, piekę, gotuje na parzę, jem z hummusem. 

Nie zastanawiam się skąd białko. 

 

Kiedy jestem poza domem, ktoś mnie gości, jem to co jest mi dane (nie miałam tej lekkości jeszcze dosłownie niecały rok temu, od razu był bunt - jak to, nie ma owoców?). Mam oczywiście swoje granice, rzeczy których nie tknę, ale to zupełnie normalne, każdy tak ma, każdy ma swoje smaczki i nikt nie powinien się czuć dziwnie z tym. Uważam, że wszystko mogę, póki nikogo nie krzywdzę. Przyjmuję z wdzięcznością, ale uczę się też z wdzięcznością odmawiać. Nie chcę uszczęśliwiać innych, kosztem siebie. 

 

Cały ten proces nie trwa miesiąc, rok, ale dobrych pewnie 15 lat (na pewno ponad 15 lat eksperymentów żywieniowych, a jakieś 5-6 praktycznie 100% roślinnych). A dopiero od około roku, mocno czuję, wiem, że moje ciało ma większość (wszystkiego to nigdy nie będę pewna ;))  czego potrzebuje, dlatego mam też śmiałość dzielić się tym publicznie. 

 

I ta wiadomość nie jest po to, żebyś rzucił / -a teraz wszystko i zaczęła jeść owoce, na surowo, w 100% roślinnie. Nie dyskwalifikuje też żadnej innej teorii żywieniowej. 

 

Nie ! 

 

To co Wam pokazuje tutaj i na social mediach, to moja koncepcja, wypracowana latami prób, weryfikacji, ale przede wszystkim głębokim wglądem do swojego ciała, zbliżeniem do siebie samej, odcięciem się od tego, co mi ktoś mówi, a słuchaniem tego, czego ja potrzebuje. I to jest praca wielowymiarowa. Bo nie tylko o jedzenie chodzi. Jedzenie jest tu pewnym symbolem. Symbolem przywiązania, lęków, niepewności, niskiej samooceny, strachu, uzależnienia. U mnie akurat mocno wybrzmiewało i nadal wybrzmiewa.

 

Nauczyciel się pojawia, kiedy uczeń jest gotowy - rozumiecie tą zależność?

 

Guru / mistrz / nauczyciel / czy jak tam chcesz go nazwać, może się pojawić dopiero, kiedy wypracujemy w sobie na niego pojemność, przestrzeń.

 

Jeśli nie byłabym gotowa, pojawienie się mistrza, traktowałabym jako kolejną koncepcję i nie miałabym do niego zaufania i znowu bym coś sprawdzała powierzchownie. Teraz bezwzględnie ufam sobie, a mistrz, bierze wodę ze strumienia i mi ją podaje, dzieli się nią, a ja biorę dla siebie tyle ile potrzebuje.

Nie biorę wszystkiego. Nie potrzebuję od niego wszystkiego. 

 

Nawet jeśli fizycznie mistrz pojawił się wcześniej, to nie mógł stać się guru, bo ja w sobie nie widziałam guru. 

 

Kontrolę zamieniłam na moc. 

 

Nie ma pustego wkładania do mnie śmieci. Nie ma mechanicznego dawania i odbierania. Najpierw jestem ja, później mistrz i jego oferta. 

 

Innym koncepcjom już się tylko przyglądam, bo jestem zwyczajnie ciekawa. Lubię temat człowieka i tego co może, co może jego ciało, jak jego ciało jest różne od mojego, lubię temat subtelnych wymiarów ciała. 

 

No i właśnie - subtelne wymiary, czyli ta wielowymiarowa praca na poziomie  psychicznym, emocjonalnym, energetycznym. 

To właśnie do tych wymiarów musiałam sięgnąć, żeby siebie poznać i zobaczyć co dla mnie. 

 

A co to znaczy poznać siebie? To proste, ale nie łatwe, jak mawiają mądre głowy. Tak jak poznajemy drugiego człowieka, a jeszcze lepiej małe dziecko lub zwierzaka, bo one nie mówią ;) więc obserwujemy, patrzymy i zaczynamy rozumieć co lubi, co mu smakuje, kiedy płacze, kiedy zostawić go gdy płacze, a kiedy przytulić, kiedy potrzebuje dyscypliny, a kiedy dać mu gnić itd. Po jakimś czasie wiemy, mamy pewność, co idzie z ciała, jakie są potrzeby ciała, a jakie są potrzeby umysłu. 

 

I tu ze wsparciem przychodzi joga. 

Dała nawet wtedy, kiedy nie chciałam brać, ale kiedy stawiałam się na macie i kiedy zaczynałam słuchać. Zwyczajnie, docierały do mnie pewne słowa, pewne polecenia, poddałam się im. Zaczęłam wyciągać się fizycznie, a przecież moje ciało nie jest odłączone od wymiaru subtelnego. Jest z nim połączone. Wyciągałam ciało fizyczne, wydłużałam je, uczyłam się oddechu, uczyłam się uspokajać swoją głowę, swój umysł, jednocześnie wpływałam na całą biologię ciała. To jak klaskanie 100 osób na raz. Na początku każdy klaszcze jak chce, z czasem, wszyscy zaczynają klaskać w jednym rytmie (przykład pochodzi z podcastu The school of greatnss #1055, w innym kontekście, ale znalazł tu adekwatne zastosowanie; swoją drogą świetny odcinek, polecam posłuchać). A wszyscy, to cała struktura ciała - komórki, tkanki, układ nerwowy, limfatyczny, krwionośny, fizyczny, energetyczny, psychiczny, emocjonalny. 

 

I jak to pięknie przeszłam od jedzenia po jogę, ale tak to jest, tu się wszystko zgadza, zazębia, kompletuje. 

 

Dlatego mówię, prowadzę, pokazuję - Joga, nie tylko w asanach. 

 

Bo joga jest najważniejsza w życiu, tak codziennie, a nie tylko na macie. Praktykujesz, a nawet nie wiesz !

 

Teraz wiem, że samą siłą woli, nie pociągnęłabym długo. Potrzebne było mi zaufanie do wyższej mądrości, do procesu, do kompletności, do oddechu, który łączy wszystkie nasze wymiary, fizyczne z subtelnym, potrzebna była wytrwałość. 

 

Doskonała - nie, prawdziwa - tak. Tak się teraz czuję. 

 

Mam spadki formy i totalny chaos w głowie i wewnętrznego krytyka i wiele innych negatywnych wgrywek, jak chyba każdy. Ale mam też narzędzia żeby postawić się na nogi i żeby pozwolić sobie na te niepowodzenia.

 

Staram się wszystko upraszczać, sprowadzać do swoich potrzeb i swojego wymiaru, bo wiem, że jedyna prawda jest tylko we mnie. Poddawanie się koncepcją czasami pomaga, wspiera i czasami nawet możemy trafić w punkt, ale zazwyczaj to trochę takie maskowanie, chodzenie z zamkniętymi oczami i obijanie się o ściany. Chodzenie z zamkniętymi oczami to leczenie, a nie uzdrowienie, a to dwie różne sprawy. Świetnie opisała to Caroline Myss w „Anatomia duszy.” 

 

„Leczenie ma charakter bierny, co oznacza, że pacjent skłonny jest oddać władzę nad sobą lekarzowi i poddać się przypisanej terapii, zamiast aktywnie stawiać czoło chorobie i odzyskiwać zdrowie. Uzdrawianie natomiast jest procesem aktywnym i wewnętrznym, wymagającym przeanalizowania własnych postaw, wspomnień, przekonań - po to, aby porzucić wszelkie negatywne wzorce, które uniemożliwają pełny powrót duchowego i emocjonalnego.” 

 

Dlatego uzdrowienia nie można szukać na zewnątrz. Trzeba szukać w sobie. 

U mnie działa. 

Ty rób co chcesz, jak chcesz, z kim chcesz i kiedy chcesz. Bo nic nie musisz, możesz tylko chcieć. 

 

I wszystko będzie dobrze, póki pozytywne przeważa nad negatywnym. 

 

Potok słów jak zwykle - o wszystkim i o niczym. Co zrobić? To takie kobiece. Przytulam to i dziękuję, że w końcu jest ! Wcześniej było samo męskie - pełna kontrola, kobiecość zupełnie wyparta. Nieśmiało wraca do mnie. 

 

Bierz co Twoje, zostaw co moje. 

 

z miłością 

 

Drzewko